„Ślubuję służyć Państwu Polskiemu, przestrzegać Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej, sumiennie i bezstronnie wykonywać obowiązki urzędnika służby cywilnej zgodnie z najlepszą wiedzą i wolą.”
Słowa przysięgi składanej przez każdego mianowanego urzędnika służby cywilnej robią wrażenie. Są doniosłe, podkreślają propaństowy charakter służby (rozumianej nie jako jakaś forma współczesnego niewolnictwa, ale jako praca o szczególnie ważnym charakterze), świadczą o świadomości wagi realizowanych obowiązków.
Czym jednak różni się praca wygłaszających taką formułę urzędników od pracy ich niemianowanych kolegów i koleżanek (pracowników służby cywilnej)? Zazwyczaj nic. I to właśnie moim zdaniem stanowiło główną oś debaty pt. „Dlaczego w służbie cywilnej potrzebni są urzędnicy mianowani?”, jaką o instytucji mianowania zorganizowała szefowa służby cywilnej w Krajowej Szkole Administracji Publicznej. Chciałbym podzielić się moimi refleksjami po jej odsłuchaniu. Nie będę jej tutaj ani streszczał, ani też odnosił się do wszystkiego, co zostało powiedziane – zainteresowanych zachęcam do samodzielnego wysłuchania szacownych panelistów.
11 sekund krępującej ciszy
Zacznę od końca.
Czy widzą państwo jakąkolwiek szansę na reformę systemu? Czy w Państwa przekonaniu jest taka wola polityczna?
Takie pytanie padło na czacie spotkania (gdyż debata transmitowana była online z włączoną możliwością dyskusji). Na tak postawione pytanie uczestnicy debaty nie byli w stanie nic sensownego odpowiedzieć; przez około 11 sekund nikt nie powiedział ani słowa. To nie od nich zależy, jasne, ale pokazuje chyba dobitnie w jakim miejscu się znajdujemy.
Kiedyś Robert Lewandowski przez dłuższą chwilę nie był w stanie odpowiedzieć dziennikarzowi na proste, zdawałoby się, pytanie o założenia przedmeczowe, które realizować mieli biało-czerwoni w trakcie (przegranego) meczu z Włochami. Kilka sekund milczenia w rozmowie prywatnej mogłoby umknąć niezauważone, ale gdy włączone są kamery, te same kilka sekund aż nazbyt dobitnie pokazało, że albo tych założeń w ogóle ówczesny selekcjoner nie przedstawił, albo że były one żenująco bezsensowne. W każdym razie cała Polska huczała wtedy od komentowania tych kilku chwil ciszy.
Tak, możemy, a nawet powinniśmy dyskutować o administracji rządowej, o służbie cywilnej i o poszczególnych aspektach jej organizacji i funkcjonowania. Tak długo jednak, jak nie przebijemy się z naszą sprawą do mainstreamu (politycznego i medialnego), tak długo będzie to tyle warte co dyskusja wędkarzy o wadach i zaletach wykorzystywanych przez nich spławików. Ciekawe? Dla zainteresowanych na pewno. Cokolwiek znaczące? Niewiele, jeśli nie nic.
„Wyzwanie menedżerskie”
W debacie o mianowaniu nie mogło zabraknąć jak bumerang powracającego pytania o to, czy sprawiedliwe jest to, że mianowani urzędnicy i niemianowani pracownicy w służbie cywilnej, wykonujący te same zadania, otrzymują różne wynagrodzenie? Przecież nie każdy ma predyspozycje do tego, żeby zdać trudne egzaminy w postępowaniu kwalifikacyjnym, więc czemu „dyskryminować” lub (w wersji soft) „nierówno traktować” takich dwóch, zdawałoby się, porównywalnych pracowników?
Dyrektor generalna w Ministerstwie Klimatu i Środowiska, Monika Dziadkowiec, ładnie ujęła to jako „wyzwanie menedżerskie” – to, aby przydzielać obowiązki nie „na rympał”, ale z uwzględnieniem takich niuansów jak wiedza, umiejętności i doświadczenia podległych pracowników. Tak, sądzę, że w ogóle zarządzanie w administracji publicznej – zupełnie jak w sektorze prywatnym – do jedno wielkie zagadnienie menadżerskie. Tu nie przepisy są winne, tylko systemowa wolnoamerykanka w zarządzaniu talentami polskich urzędów. Trafiłeś na fajnego naczelnika, dyrektora i dyrektora generalnego? Super! Masz szanse na dobrą organizację pracy swojego urzędu i na sensowne pokierowanie twoją ścieżką kariery. Jeżeli jednak ktoś na choćby jednym z tych trzech szczebli zarządczych ewidentnie minął się ze swoim powołaniem, wtedy masz, drogi urzędniku/droga urzędniczko, przegwizdane. Możesz się starać, możesz świetnie wykonywać swoje obowiązki, ale głową muru nie przebijesz i zapewne na jakimś dalszym etapie swojej pracy w urzędzie dojdziesz do wnioski, że pora udać się na emigrację – zewnętrzną (do innego urzędu lub do sektora prywatnego) albo wewnętrzną.
Tu z resztą kłania się po raz kolejny brak spójności korpusu służby cywilnej, którego niezbędnym elementem powinien być silny Szef Służby Cywilnej. Skoro w Polsce wciąż mamy do czynienia z „rozbiciem dzielnicowym” naszej administracji rządowej, a każdy dyrektor generalny jest de facto udzielnym księciem swojego mniejszego lub większego księstewka, to jak mówić w ogóle o jakimkolwiek systemie? A skoro systemu brak, to jak systemowe właśnie rozwiązania, takie jak mianowanie, strategia zarządzania korpusem albo KSAP, jako elitarna szkoła przyszłych „liderów zmiany”, miałyby spełniać pokładane w nich nadzieje? No nie, za dużo tu przypadkowości i silosowości, a zbyt mało myślenia o państwie jako o całości.
Państwo polskie istnieje teoretycznie. Praktycznie nie istnieje – dlatego, że działa poszczególnymi swoimi fragmentami, nie rozumiejąc, że państwo jest całością. Tam, gdzie państwo działa jako całość, ma zdumiewającą skuteczność. – Bartłomiej Sienkiewicz

Co zmienić?
„Zmieniać tylko to, co trzeba zmieniać, ale zmieniać” – mawiają ponoć brytyjscy konserwatyści. Co zatem należałoby, moim zdaniem, zmienić w mianowaniu, aby było one faktycznie „znakiem jakości” rządowych urzędników? Jako Fundacja Sprawne Państwo zgłosiliśmy swoje postulaty w odpowiedzi na otrzymane pismo Anity Noskowskiej-Piątkowskiej. Zachęcamy do zapoznania się z nimi tutaj.
Na bylejakość najlepsza jest… jakość. Jakość, jakość i jeszcze więcej jakości! Dlatego poza tym, co już napisaliśmy dorzuciłbym jeszcze jeden pomysł, który przemkną w trakcie debaty w KSAP-ie, ale mógł umknąć czyjejś uwadze. Skąd wzięło się mianowicie przeświadczenie ustawodawcy, że raz zdany, choćby nawet najtrudniejszy egzamin daje dożywotnią rękojmię późniejszej pracy na bardzo wysokim poziomie? Skąd pewność, że ta elita służby cywilnej pozostanie w swojej masie elitarna, niezależnie od szerszego kontekstu?
Może więc warto byłoby tak zreformować mianowanie w służbie cywilnej, aby wynikające z niego prawa i obowiązki były poddawane cyklicznemu „odnawianiu”? Czy przystąpienie do ponownej weryfikacji wiedzy i umiejętności urzędnika mianowanego nie spowodowałoby, że w jego „urzędniczy krwioobieg” weszłoby ciągłe dbanie o „utrzymywanie formy” – czy to w zakresie obowiązujących przepisów, czy też umiejętności niezbędnych w pracy urzędnika administracji rządowej (np. poprzez rozwiązanie zadania polegającego na sprawnej analizie różnego rodzaju informacji oraz syntetycznym ich podsumowaniu wraz z przedstawieniem logicznych rekomendacji)? Taka reforma może nie rozwiązałaby wszystkich wątpliwości, jakie pojawiają się w kontekście samej idei mianowania, ale przynajmniej zagwarantowałaby większy szacunek wśród innych urzędników i poczucie, że faktycznie „im się te pieniądze należą”.
Żadne bogactwa nie dadzą podstaw bytu narodowi samodzielnemu, bez pracy wydajnej i dobrze zorganizowanej.
To słowa Karola Adamieckiego, polskiego prekursora naukowej organizacji pracy. To byłaby dobra puenta dla właściwie każdego tekstu publikowanego na łamach Sprawnego Państwa, ale myślę, że warto mieć te słowa na uwadze szczególnie wtedy, gdy zastanawiamy się nad systemowymi zmianami w obowiązujących przepisach i w przyjętej praktyce działania. Czy obecne przepisy i obecna praktyka gwarantują państwu polskiemu „pracę wydajną i dobrze zorganizowaną”? No właśnie, zatem – do dzieła! Oczywiście, jeśli będzie wola polityczna…
