Mrowisko. Robert Krasowski o państwie.

Wojciech Kaczor By Wojciech Kaczor
11 Min Read

Nieznana i niedoceniana w Polsce służba cywilna jest jednym z filarów naszej demokracji. Paradoks? Wcale nie, to oczywisty fakt, jeśli zastanowimy się na czym polega rządzenie.

Rządzenie nie polega na prężeniu muskułów i robieniu groźnych min. To jest teatr, obliczony bardziej na budowanie wizerunku niż na zmianę czegokolwiek. Rządzenie to coś znacznie poważniejszego. To analizowanie danych, dostrzeganie powiązań, wypracowywanie wariantów i podejmowanie decyzji. Rządzenie to skuteczna implementacja tych decyzji i ewentualne korygowanie pojawiających się błędów i odchyleń. Rządzenie jest żmudnym procesem zmagania się z ogromnym oporem materii.

Jaka jest rola korpusu służby cywilnej w tak rozumianym rządzeniu? Czy członkowie korpusu w jakikolwiek sposób współrządzą? I tak, i nie. Przede wszystkim nie dysponują demokratycznym mandatem do podejmowania decyzji w zakresie ważnych spraw polskiej polityki wewnętrznej i zagranicznej. Od tego mamy polityków, więc w takim, wąskim znaczeniu urzędnicy nie rządzą. Z drugiej jednak strony sam moment decyzji nie jest nigdy całkowicie oderwany od tego, co wcześniej oraz co później. Czy minister może podejmować decyzje bez uprzedniego zapoznania się z historią danej sprawy? Czy decydując może zupełnie odciąć się od wiedzy i doświadczenia fachowców stanowiących pamięć instytucjonalną jego urzędu? A gdy już złoży swój podpis, to czy nie ceduje przynajmniej części swoich uprawnień na wykonawców tej decyzji? Czy funkcjonariusze publiczni (urzędnicy, ale nie tylko) świadczący określone usługi publiczne nie nadają ważnego rysu temu, co ostatecznie dostanie osoba uprawniona?

Wiele lat temu, mój przełożony często swoje przydługawe wywody zaczynał od zastrzeżenia: „Ja się nie znam na polityce, ale…”. Po tym wstępie, z niemałym znawstwem, opisywał różne, często mocno polityczne kwestie okiem człowieka, który dużo już widział i dużo wie. Ja też nie znam się na polityce, ale… wydaje mi się, że Robert Krasowski zna się bardzo dobrze. Kupuję więc i czytam wszystko, co tylko o polityce napisał, bo choć jako urzędnik jestem politycznie neutralny, to jako obywatel polityką interesuję się od wczesnej młodości.

Krasowski – historyk filozofii, publicysta i wydawca – napisał już niemało. W trzech tomach opisał już całą polityczną historię III RP, przeprowadził trzy książkowe wywiady z prominentnymi postaciami głównych sił politycznych tego okresu (z Leszkiem Millerem, Janem Rokitą i Ludwikiem Dornem), opisał w końcu „życie i twórczość” dwóch najważniejszych ideologów naszych czasów – Adama Michnika i Jarosława Kaczyńskiego. Wszystko to zrobił ciekawie, w sposób nieoczywisty, dziesiątki metrów głębszy niż przytłaczająca większość dziennikarskiej paplaniny wylewającej się zazwyczaj z prasy, telewizji i Internetu.

W 2019 roku wydał książkę, która dopiero ostatnio wpadła mi w ręce – O demokracji w Polsce. W niej, poza przenikliwą analizą ustroju, który budowaliśmy i który z różnym skutkiem podtrzymujemy od przeszło 35 lat, w krótkim fragmencie odniósł się do znaczenia instytucji państwa. Czasami sprawnego, a czasami nie, ale „żyjącego”, organicznego, przepoczwarzającego się w zależności od czasu i miejsca.

Za zgodą wydawnictwa publikuję ten właśnie fragment książki Roberta Krasowskiego. Publikuję, bo w piękny, momentami poetycki nawet sposób oddaje to, co przez Sprawne Państwo usiłujemy zaszczepić do głównego nurtu dyskusji o Polsce. Że polityka to nie wszystko. Że to, jak nam się w Polsce żyje zależy często nie od tego, która partia aktualnie rządzi, kto jest premierem, a kto ministrem finansów, ale od tego, jak działa „mrowisko” – chaotyczna plątanina ludzi, instytucji, procedur i wszelkich między nimi zależności.

Grzęźnięcie władzy, obumieranie ambicji, porażka w zderzeniu z rzeczywistością – to główna treść polskiej polityki. Przez trzydzieści lat miała ona kilka wielkich celów. Zostanie liderem regionu, związanie Ukrainy z Zachodem, profesjonalne uzbrojenie armii, zerwanie zależności energetycznej od Rosji, sprawną służbę zdrowia. Nie osiągnęła żadnego. Nie znaczy, że nie próbowała. Jednak żadnemu nie sprostała. Miała też sporo celów dużych – odbiurokratyzowanie gospodarki, budowę autostrad, walkę z korupcją, zatrzymanie ucieczki młodzieży z Polski, reformę sądownictwa, poprawę jakości edukacji, budowę służby cywilnej, apolitycznych służb specjalnych, uratowanie stoczni i kopalni, modernizację wsi, lepszą ściągalność podatków. Z tych dużych celów osiągnęła może jedną czwartą. Wyższą skuteczność wykazała dopiero na poziomie celów małych lub doraźnych – jak organizacja Euro, likwidacja mafii, walka ze skutkami powodzi.

Być może ktoś inne cele wymieni jako wielkie, a inne jako średnie. Dla generalnej diagnozy nie ma to znaczenia, bo większość celów nie udało się osiągnąć. Bez względu zatem na ranking celów wnioski będą podobne. Przy sprawach strategicznych – demokracja, kapitalizm, Unia, NATO nie ma zasług władzy. Przy sprawach wielkich głównie porażki. Przy średnich trochę sukcesów. Dopiero przy małych względna skuteczność. To jest empiryczny obraz rządzenia w polskiej demokracji. To jest efekt zmagań władzy z rzeczywistością. Jakkolwiek dziwnie by to brzmiało, kształtowanie rzeczywistości przez władzę było pasmem porażek. Realne rządzenie nie było kontrolą nad rzeczywistością, ale jej brakiem.

Osobliwości tej sytuacji jest wiele. Po pierwsze, w świecie, w którym władza siły ma skromne, można całkiem wygodnie żyć. Bo fakt, że władza przegrywa z realiami, nie znaczy, że również społeczeństwo przegrywa. Odwrotnie, może sobie radzić dobrze, a nawet bardzo dobrze. Po drugie nieskuteczność władzy nie pociąga za sobą choroby realiów – stagnacji, uwiądu, gnicia. Może tak być, ale nie musi. Po trzecie nieskuteczność władzy nie oznacza bezradności państwa. Rozumianego nie jako władza polityczna, ale struktura administracyjna. Obojętna na zmiany na szczycie. Mocniej przylegająca do swojej podstawy, do społecznego życia, niż do swojego wierzchołka, czyli polityków. O ile władza dużo mówiła i mało robiła, państwo postępowało odwrotnie. Milczało, ale działało. W jednych przypadkach sprawnie, w innych niezdarnie. W jednych mądrze, w innych głupio. W jednych społeczeństwu pomagało, w innych je eksploatowało. Były obszary, w których państwo uczyło się szybko i reagowało skutecznie. Były takie, w których było bierne i marnotrawne, w innych było opresyjne i bezwzględne. Były wreszcie takie, w których wykazywało niezdarność i prymitywizm, czego przykładem były katastrofy z udziałem premierów, prezydentów, generałów. Dlaczego państwo było takie niespójne? Dlaczego jedne fragmenty kumulowały wiedzę i doświadczenie, pomagając społeczeństwu, a inne je stale raniły? To pozostaje zagadką. Niemniej to kulawe państwo wydawało rzeczywistości większość skutecznych rozkazów. Takich rozkazów, którym rzeczywistość się podporządkowała.

Mimo wad wskazanych przez Marksa państwo jest pozytywnym bohaterem ludzkiej historii. O ile władza polityczna jest kruchym narzędziem, administracyjny rozum jest siłą poważną. Jednak bardzo skomplikowaną – ten rozum jest kolektywny, rozproszony po wielu instytucjach, bardziej przypomina mądrość mrowiska niż inteligencję jednostki. Osiąga dużo mniej, niż się mieści w pojęciu „rządzenia”, jednak wystarczająco dużo, aby pomóc społeczeństwu w zmaganiach z losem. Ale pomaga w sposób inny niż w metaforze „rządzenia”. Mniej naiwny, bez superbohatera, z jego supermocą. „Rządzenie” i jego podmiot, czyli premier, to personifikacja czegoś, co rozgrywa się na innym poziomie i wedle innych mechanizmów. To uproszczona symbolizacja państwa i jego instytucji.

Państwo jest tworem tajemniczym. Mrowisko, ale na skalę człowieka, nie mrówki. Jak powstaje, jak nabywa tężyzny, jak ją traci – nie wiadomo. Hegel uważał kolejne etapy rozwoju państwa za pochód Boga przez dzieje. Co było tyleż hołdem, co przyznaniem, że tego pochodu człowiek nie potrafi zrozumieć. Polskie doświadczenia niczego nowego do tej niewiedzy nie wnoszą. Niemniej potwierdzają znaczenie państwa. Jego rzeczywistość. Jego ciężar. Jego wpływ. O ile władza polityków istnieje głównie w społecznej wyobraźni, państwo jest ingerencją w realia. To prawdziwe uderzenia łopatą, po których zostają prawdziwe doły. Prawo, reguły, instytucje, szkoły, szpitale, sąd, policja – to ingerencje w rzeczywistość, które stały się bardziej rzeczywiste niż to, w co się wdzierały. Polityka nigdy do takiej skuteczności nie doszła.

„Rządzenie” jest metaforą ludzkiej władzy nad realiami. Czyli czegoś, co dokonuje się na innym poziomie. Prawdziwą władzę widać tam, gdzie człowiek stoi naprzeciw realiów. Z kilofem albo z dźwigiem. W zasięgu własnych rąk zdziała, co zechce. Rozbije każdy kamień, postawi dom, wymyśli żarówkę. Przed 1989 rokiem siły jednostek były skrępowane przez komunizm, czego efektem była uboga rzeczywistość. Uwolniona z więzów jednostka dała pokaz swych mocy. Nieskrępowane społeczeństwo siły jednostek spotęgowały. Do skali, która po namyśle naprawdę zdumiewa. Proste formy kooperacji – bo po 1989 roku wszystko było proste – dały efekty niezwykłe. Do tego wysiłku dołączyło państwo. Odziedziczone po komunizmie, mocno zdezelowane. Zwykle przeszkadzało, ale gdy pomagało, kumulowało siły społeczne do skali olbrzymiej. Lepiącej rzeczywistość jak wosk. Jednak państwo było zazwyczaj ostatnim szczeblem, które siły społeczne potrafiło wzmocnić. Etap kolejny, czyli polityczne „rządzenie”, był głównie iluzją, że wzmocnienie społecznej siły może postępować dalej i dalej. Że wystarczy wybrać delegata, który w imieniu 40 milionów krzyknie do realiów: „Niech się stanie!”, a one pokornie posłuchają. Jednak to tak nie działa. Rzeczywistości nie da się zastraszyć. Ani zaczarować słowami. Można jednostkę nazwać premierem. Można faraonem. Można Bogiem. Ale nie stanie się przez to Bogiem. W ten sposób można jedynie budować iluzję, że ludzie mogą więcej, niż mogą naprawdę.

Szczytem społecznej siły Polaków pozostało państwo. Ale nie jako instrument w rękach jednostki. Ale jako instrument w rękach jednostki. Ale jako struktura bezosobowa, lepiony przez pokolenia golem, bez świadomości, bez jasno postawionych celów, bez własnej woli. Jednym słowem mrowisko. Próba nadania mu świadomości i woli, czyli oddanie mrowiska w ręce jednej osoby, aby jego sił użyło świadomie, nie dało większych rezultatów. Premier nie rządził mrowiskiem, ale w nim pracował. Jako kadrowy.

Sprawne Państwo
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.